Podcast #048 – O matko

Opublikowane przez Martyna Kroczka w dniu

Dzisiaj świętujemy Dzień Matki. W zeszłym roku opublikowałam z tej okazji jeden z najbardziej popularnych odcinków, które do tej pory miałam, a mianowicie #010 Szczerze o macierzyństwie. Dzisiaj również poruszę temat macierzyństwa, jednakże już tym razem bez ankiet.

Zacznijmy jednak od tego, że powiem kilka słów o mojej mamie. Moja mama jest wspaniałą kobietą. To niesamowite jak jednocześnie można być do kogoś bardzo podobnym z wyglądu i zachowania, a jednak być totalnie innym. Moja mama nie jest idealna, nikt nie jest. Ile razy miałam już dość, marzyłam by się wyprowadzić, zapierałam się, że ja nigdy taka nie będę i totalnie jej nie rozumiałam. Jest jednak niesamowitą kobietą, która w wielu kwestiach jest dla mnie wzorem. 

To ona jest dla mnie synonimem słowa kobiecość, a mianowicie łączy w sobie wygląd, dbanie o siebie i jest przy tym badassem, najsilniejszą istotą chodzącą po Ziemi. Serio, zastanawiam się, czemu jeszcze wyszukując te słowa nie pojawia się jej twarz na Wikipedii. 

Moja mama, jest kobietą sukcesu. Mając 2 małych dzieci postanowiła pójść na studia i zaocznie skończyła je. Jednocześnie pracując, rozwijając się zawodowo i zajmując się domem. Fakt, sporom pomocą był i ciągle jest mój tata, ale może o nim więcej opowiem w innym odcinku. Obecnie jest na wysokim stanowisku i dotarła tam dzięki ciężkiej pracy. Nie miała jakiś znajomości, po prostu stale się rozwijała. Pamiętam jak byłam w podstawówce mama często wyjeżdżała na szkolenia i warsztaty. Było to dla nas wszystkich ciężkie, bo za nią tęskniliśmy, jednakże z drugiej strony wiem, że gdyby nie to to by nie była tam gdzie jest. 

Jest też dla mnie autorytetem w kwestii załatwiania wszystkiego. Jej motto brzmi “niemożliwe robię od ręki, na cuda trzeba chwilę poczekać”. I faktycznie, nie wiem jak ona to robi, ale serio potrafi dokonać niemożliwego. To dzięki niej wiem, że ja też zawsze sobie poradzę i kiedy jest sytuacja kryzysowa, działam. Chociaż jeszcze trochę brakuje mi do jej levelu Maga niezawodności i skillu w opanowaniu w sytuacjach kryzysowych to jestem coraz bliżej. Mnie brakuje jeszcze tej umiejętności spokoju. Bo moja mama musicie wiedzieć, kiedy jest problem jest oazą spokoju, której włącza się tryb terminatora nakierowanego na zniszczenie problemu. Jest to bardzo przydatne, gdy wszyscy wokół się zamartwiają, bo wiemy, że choćby się świat walił, to mamy jeden stały punkt, do którego możemy pójść, by chociaż przez chwilę poczuć stabilność i spokój.

Łączy nas też wygląd, to, że wyglądamy na mniej niż mamy (czyżbyśmy były spokrewnione z Ibiszem?), czasami ciężki charakter, zwłaszcza jeśli ktoś nam podpadnie, ale jednocześnie jesteśmy zupełnie inne. Mamy zupełnie inny gust zarówno muzyczny jak i modowy. Inne zainteresowania, wiarę (a raczej ja jej w ogólne nie mam) i wiele innych. Może to i lepiej. Świat nie zniósłby dwóch Martynek czy Marlenek. Jednakże cieszę się, że mamy siebie, że możemy się wspierać, inspirować i uczyć od siebie wzajemnie. Bo to nie jest relacja jednostronna. I właśnie tym jest dla mnie macierzyństwo. Byciem wzorem dla swojego dziecka, bycia wsparciem dla niego, ale jednocześnie nie stawianie siebie na pozycji wyższej i nie zamykanie się na argumenty potomstwa. 


Jestem mamą od prawie 3 lat. To jest chyba najbardziej intensywny i zwariowany czas w moim życiu. Pełen wielu dziwnych emocji, radości, smutku, samotności, ekscytacji i przede wszystkim nauki. Bo bycie mamą to ciągła nauka. Nauka poznania swojego dziecka, jakie jest, co lubi, czego nie, co mu szkodzi, co pomaga. Nauka poznania swoich możliwości, poznania siebie i swojego partnera. 

Nie sądziłam, że można kogoś jednocześnie kochać nad życie i irytować się w tym samym czasie. Nienawidzić kolejnego dotyku, szczypania, ciągnięcia, kopania, a jednocześnie uwielbiać być blisko. Wkurzać się, że kolejną noc przesypia się w ciasnym  łóżku dziecka, a w tym samym czasie czuć spokój mając je przy sobie. Martwić się, że z drugiego pokoju słychać jak ciężko oddycha z zapchanym nosem, a kilka dni później martwić się czy na pewno oddycha, bo już tak głośno nie sapie. To wszystko jest pokręcone. I można się z tego śmiać, sama się z tego śmieję, bo co innego mi pozostaje. 

Czuję się odpowiedzialna za tę małą istotę, więc robię wszystko by miał jak najlepiej. Daję z siebie wszystko. Motywuje mnie by być coraz lepsza. Ciągle też się uczę dzięki niemu. Jak fascynujący potrafi być świat i umysł dziecka. I zdecydowanie uczę się cierpliwości. Jednocześnie to co mnie nauczyło macierzyństwo, to to, że mam limity. Że muszę dbać o siebie, o swoje potrzeby, o zdrowie, a także to, że rodzina, to nie tylko dziecko i że z mężem wzajemnie musimy dbać o swoją relację. Bo mimo iż jesteśmy rodzicami, to jesteśmy też swoimi partnerami i po prostu parą. 

Od kiedy zostałam mamą bardziej wyczulona jestem na kwestie niesprawiedliwości i tego jak wiele jest do poprawy na tym świecie. Stałam się jeszcze większą feministką, bo wbrew pozorom, dzięki temu życie mojego syna może być lepsze. Nie wiem kim on będzie w przyszłości. Nie wiem jakich będzie miał przyjaciół. Może on, albo osoba mu bliska, będzie należała do społeczności LGBT+, więc już teraz walczę o to, by w przyszłości nie bał się być sobą. 

Chcę być dla mojego dziecka inspiracją, ale nie chcę by wpatrywał się we mnie ślepo, bo nie jestem idealna. Chcę by wyciągnął ze mnie to co najlepsze. By czuł, że przy mnie jest bezpieczny, kochany, że sam może się rozwijać i porozmawiać ze mną o wszystkim. A ja dzięki temu też będę mogła się stale stawać lepsza. Mieć nowe spojrzenie na świat. 

Chcę by mój syn był chętny do pomocy, dlatego pokazuje mu, że to naturalne. Że nie trzeba od razu ratować świata, by czynić dobro, wystarczy zapytać się czy wszystko jest ok i pomóc w domowych pracach. 

Chcę by mój syn nie stawiał innych ponad siebie, swoje potrzeby, dlatego pokazuję mu, że to ok odmawiać, jeśli nie nie chcemy, nie dajemy radę. To nie wstyd prosić o pomoc, zrobić sobie przerwę i zadbać o siebie dając sobie czas na przyjemności. 

Chcę by mój syn umiał samodzielnie myśleć, dlatego tłumaczę mu i odpowiadam na każde jego pytanie i zachęcam do tego, a także do zabaw, kreatywności itp. I nie szczędzę mu książek. Już teraz widzę efekty tego, że uwielbia czytać i sam prosi o kolejne książki. Wie, że to nie jest nudne zajęcie, tylko ciekawa przygoda, którą można spędzać z rodzicami. Widzi też, że my sami w wolnych chwilach czytamy, więc wie, że jest to coś fajnego.

Nie ukrywam przed nim, że bywa mi źle, że coś mnie boli. Bo każdy ma prawo do emocji i mu to pokazuję. Widzę, że coraz bardziej to rozumie i w miarę swoich możliwości stara się mi pomóc. 

 Pozwalam mu próbować różnych rzeczy (o ile to dla niego bezpieczne – wiadomo, że nie daje mu się poparzyć, by zobaczył, że garnek jest gorący itp.). Zachęcam by próbował i jeśli wykazuje chęci, by uczestniczył ze mną w różnych czynnościach. Na przykład w gotowaniu, rozwieszania prania itp. Jeśli w przyszłości chciałby ubrać coś damskiego, albo się pomalować to mnie to nie przeszkadza. Na bal karnawałowy chciał się przebrać za pająka. Mogłam mu ten pomysł wybić z głowy i zaproponować coś ładniejszego, prostszego do zrobienia, jednak wiedziałam, że to dla niego ważne, więc się zgodziłam. Na całą masę strażaków, policjantów i psiego patrolu był jedynym pająkiem.

Chcę mu pokazać, że nauka jest super, ale nie będzie mnie obchodziło jakie ma oceny. Ja niestety na własnej skórze poczułam co to znaczy presja ocen. Nie chcę tego dla mojego dziecka. Zresztą obecna edukacja szkolna nie wnosi nic w życie oprócz załamania nerwowego i niechęci do nauki.

Staram się być dla niego jak najlepsza. Dużo czytam o psychologi, o wychowaniu itp. Jednakże nie jestem zaślepiona na to, by być wzorem. Nie jestem idealna i nigdy nie będę. Nie mam wyrzutów sumienia, że moje dziecko zje sobie słoiczek czy parówkę. Staram się mu wpajać zdrowe nawyki żywieniowe. Czyli w domu nie jemy słodyczy typu snickers  itp. Kupujemy zdrowsze alternatywy albo sami coś robimy. Jednocześnie nie zabraniam mu, jeśli dostanie coś takiego w żłobku, bo nie chcę by  potem traktowało to jako zakazany owoc. Staram się mu pokazać, że zdrowsze też może być smaczne, a czasami nawet smaczniejsze.

Nie biegam z miotełką i pilnuje by cały dom świecił się na błysk. Sprzątam kiedy jest potrzeba, a zabawki sprzątamy by w nocy idąc do niego czy nosząc go w chuście się nie zabić. Nie prasuje ubrań, bo uważam to za stratę czasu. Wolę ten czas poświęcić inaczej. Chyba, że mnie najdzie ochota na prasowanie. 

Daje mu oglądać bajki, zwłaszcza, gdy jestem zmęczona i nie mam już na nic sił. Ale staram się mu dobierać odpowiednie do wieku, chociaż kusi, by oglądać z nim Pokemony, ale ustaliliśmy z Gromkiem, że jest na to za młody – ech te kompromisy…


Jestem odpowiedzialna za moje dziecko. To znaczy, że nie podejmuje pochopnych decyzji, które mogłyby się w negatywny sposób na niego odbić. Czyli na przykład pracuję, bo wiem, że z jednej pensji mogłoby się ciężko utrzymać i zapewnić mu to, co ma obecnie. Dbam o jego zdrowie chodząc do lekarza, szczepiąc, ubierając odpowiednio do pogody (to znaczy nie przegrzewając ani nie dając przemarznąć). Dbam o to by miał odpowiednią ilość uwagi, by był otoczony miłością i bezpieczeństwem. Dlatego też dbam o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. 

Według mnie niektórzy rodzice i w sumie nie tylko rodzice, zapominają o tych rzeczach. Biorą za dużo na swoje barki, dają się przygnieść presji społecznej itp. Inni z kolei potrafią mieć dzieci na potęgę powołując się na to, że to ich powinność i Bóg tak chciał czy inne tego typu rzeczy. Cóż według mnie jeśli nie jesteś w stanie zapewnić dziecku czy dzieciom tego czego potrzebują, czyli spokoju, miłości, bezpieczeństwa, dzieciństwa, jedzenia i tego typu podstawowych rzeczy, to nie decyduj się na dziecko. Bo to jest samolubne i według mnie złe. Powoływanie na świat kolejnej istoty tylko po to by była jest bezmyślne, bezsensowne i okrutne. Według mnie rodzenie dzieci i pozbywanie się ich np. przez oddanie do domu dziecka wcale nie jest lepszą opcją niż przerwanie ciąży. Takie dziecko będzie miało całe życie pod górkę, może nie zazna miłości, będzie samotne, nie będzie się czuło bezpieczne, potrzebne itp. W czym niby to jest dobre? Bo żyje i odczuwa te wszystkie rzeczy? Według mnie to jest okrutne. 

Mając też jedno dziecko nie poświęciłabym swojego życia w imieniu donoszenia ciąży wysokiego ryzyka. Poświęcenie swojego zdrowia i życia kiedy szanse są bliskie zera na szczęśliwe zakończenie jest według mnie samolubne. Bo zapomina się, że pierwsze dziecko żyje i potrzebuje mamy, spokoju, bezpieczeństwa itp. 


Cóż niezbyt pozytywnie kończę ten odcinek. Był on mieszaniną złości, miłości, frustracji i wielu innych rzeczy. Czyli był w sumie jak macierzyństwo. Nie da się go przejść czy przeżyć tylko w pozytywnych aspektach. Nie oznacza to, że jednak ich nie ma. Dlatego powinniśmy świadomie podchodzić do decyzji o rodzicielstwie. To piękna, ale cholernie ciężka przygoda, na którą nie każdy jest gotowy. 

To może jeszcze na koniec zwrócę się do mam. Jesteście świetne. Dajecie radę. Dbajcie o siebie 🙂 


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.